Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, United States of America, USA
Flag - Kilck !

Relacja z wyprawy po USA autorstwa Maćka.

Uff! Nareszcie na miejscu ! Po 12 godzinach lotu z Paryża w końcu wylądowaliśmy w San Francisco. Jeszcze tylko rozmowa z pracownikiem "Emigration" i rozpoczynamy naszą przygodę ze Stanami. W planach mamy zamiar dostać się do Nowego Jorku, przemierzając cały kontynent od oceanu do oceanu. Najpierw jednak chcemy poznać zachodnie wybrzeże, przede wszystkim pod kątem tutejszych parków narodowych i atrakcji głównie natury przyrodniczej. Za wyjściem czeka kilka shuttle bus`ów, które proponują przejazd "door to door" bezpośrednio do motelu. Cena nie jest wygórowana, bo 14$ za osobę. Ponieważ jesteśmy trochę zmęczeni, a przejazd komunikacją miejską (na pewno tańszy) byłby bardziej czasochłonny, decydujemy się. Po drodze podziwiamy widoki. Miasto nie jest zbyt duże, tylko 750 tysięcy mieszkańców i położone jest na pagórkowatym obszarze. Kierowca okazuje się być Bułgarem i oceniamy, że z tej perspektywy Polska i Bułgaria to bliscy sąsiedzi. Wysiadamy tuż przed wejściem do "Green Tortoise" - jednego z bardziej modnych schronisk dla backpackerów (podoba mi się też określenie plecakowcy). Obok wiadomego znaczenia nazwa odnosi się również, wg słów przyjmującego nas gościa, do stanu ducha. Facet wygląda na "mocno zadymionego", co dobrze opisuje resztę ekipy, która tutaj dociera. Lokalizacja w Dawntown, oprócz niskich kosztów pokoju (50$ za dwójkę), bardzo nam odpowiada. Na wszelki wypadek zaciągamy informacji na temat bezpieczeństwa, a to z uwagi na przewidywany powrót - późno w nocy. W odpowiedzi słyszymy, że tutaj po ulicach można chodzić bez obawy o jakiekolwiek zagrożenie. Krótki rekonesans po okolicy rozpoczynamy od Fisherman Wharf i widoków na Alcatraz i Bay Bridge. Miejsce ma naprawdę niezły klimat - portu rybackiego z licznymi kafejkami, barami szybkiej obsługi, kioskami i sklepikami. Niestety temperatury nie są zbyt wysokie i wskazują mniej więcej 15-180C. Liczyliśmy, że może będzie cieplej. Im dalej idziemy w stronę śródmieścia, które położone jest na wzgórzach, tym ciekawsze zaczynają być widoki na resztę miasta i zatokę. Ponieważ mamy zamiar za dziesięć dni, i tak jeszcze tu wrócić, staramy się skupić bardziej na atmosferze miasta i ludziach, atrakcje zostawiając na potem. Pierwsze co nas uderza, to maksymalna otwartość i luz mieszkańców. San Francisco słynie zresztą z tego.


Foto 1

To najbardziej liberalne miasto w kraju. Uznawane za światową stolicę homoseksualizmu. North Beach, gdzie znajduje się nasz hostel, jest dzielnicą klubów ze striptizem i innych tego typu rozrywek, dzięki czemu możemy dokładniej przyjrzeć się nocnemu życiu. Wracamy około godz. 12 w nocy. Na głównej sali spotkań, trwa jeszcze seans filmu "Super Gigant Alien Girl" (lub coś w tym stylu). W trakcie sceny, kiedy pięć dziewczyn łączy się w jedną superblondynę stwierdzamy, że na nas już czas. Rano ruszamy dalej. Taksówką jedziemy znowu na lotnisko, tym razem do wypożyczalni samochodów. Tutaj, po krótkich formalnościach, dostajemy kluczyki do ekonomy car, co w naszym przypadku oznacza Lanos`a Daewoo. Jeszcze w Polsce przestudiowaliśmy oferty różnych biur i nasz wybór padł na "Fox`a" - stosunkowo taniego pod względem zarówno ubezpieczeń, obszaru poruszania się, jak i samego wynajęcia (wszystko - 390$ za 10 dni). Chwilę zajmuje mi przestawienie się na automatyczną skrzynię biegów, potem śniadanie w jednym z fastfood`ów - "Wendys" i już wyruszamy w stronę pierwszego celu - Yosemite National Park. Szerokie dotąd drogi, coraz bardziej zaczynają się zwężać i w końcu jedziemy dwupasmówką. Mniej więcej od Big Oat Flat trasa ciągnie się wśród gęsto zalesionych terenów. Miasteczka mają niską zabudowę i są stylizowane na pochodzące z epoki traperów i podboju Ameryki. (FOTO 1) Na miejsce docieramy około godziny 14.


Powrót