Peru - Szlak Inków
Flaga - Peru !

Tekst i zdjęcia udostępnił Andrzej Sadowy.

Kliknij !Zaczyna świtać, kiedy zarzucam ciężkawy plecak (namiot, śpiwór i jedzenie na dwa dni swoje waza) i udaje się na dworzec kolejowy San Pedro w Cuzco. Pomimo wczesnej pory stacja wypełniona jest po brzegi pstrokatym tłumem. Turyści z kolorowymi, wypchanymi plecakami i kolorowo ubrani tubylcy z wszelakiego rodzaju pakunkami wypchanymi różnego rodzaju dobrem. Druga klasa pociągu do Quillabamba jest tak zatłoczona, ze z trudem udaje mi się znaleźć wolny kat. Wciskam plecak pomiędzy jedzenia i sadowiąc się na nim z zainteresowaniem obserwuje gorączkowo krzątających się dookoła mnie ludzi. Już w kilka minut po odjeździe w wagonie pojawiają się, głośno oznajmiając swoje przybycie, sprzedawcy śniadaniowych przysmaków i nieodzownej herbaty z liści coca. Z podziwem i lekkim zaniepokojeniem przyglądam się ich zręcznym manewrom czajnikami z wrzątkiem, tuz nad głowami pasażerów. Parę kubków herbaty umila znacznie ponad 3 godzinna podróż.


Kliknij !Nie będąc do końca pewien czy to prawidłowy przystanek, ponaglany wesołymi okrzykami współpasażerów, wyskakuje z pociągu. Pociąg zatrzymuje się tylko na kilka sekund, trzeba się spieszyć-uświadamiają mnie. Z ulgą zauważam rozciągniętą wzdłuż torów grupkę ludzi z plecakami. To jednak tutaj- "88 kilometr" - najpopularniejsze miejsce startu "Szlaku Inków". Po uiszczeniu 17 dolarów opłaty przechodzę mostem na drugą stronę rzeki Urubamba, gdzie zaczyna się pierwszy odcinek (około 7 km), prowadzący do wioski Huayllabamba (2750 m. n.p.m.).

Kliknij !Po osiągnięciu wioski szlak skręca ostro w prawo, gdzie trzeba zmierzyć się z długim, ostrym podejściem południowym brzegiem rzeki Llullucha. Przygnieciony plecakiem, pocąc się jak cholera powoli nabieram wysokości. Cale szczęście, ze spore odcinki trasy prowadzą lasem, gdyż upal jest nieznośny. Zaczyna się ściemniać, gdy moim oczom ukazuje się wylot trawiastej doliny i (niestety) sporego (około 30) miasteczka namiotów. Na mój widok podrywa się tragarz z kubkiem herbaty, traci jednak zainteresowanie mną dość szybko widząc mój plecak i wnioskując słusznie, że nie jestem partią jego "zorganizowanej grupy" ( "zorganizowani" nie muszą trudzić się targaniem własnych gratów). Rozbijam namiot jakieś 200 metrów powyżej namiotowej "osady", w miejscu skąd mam doskonały widok na górne piętro doliny i zamykającą go, ginącą teraz we mgłach, przełęcz Warmiwanusca (4198 m. n.p.m.).

Kliknij !Budzę się drżąc z zimna. Na zewnątrz szary i mglisty poranek. Temperatura spadla w nocy chyba poniżej zera. Wmuszam w siebie kawałek chleba i dziwnie wyglądającego, ale całkiem przyzwoitego w smaku sera, który kupiłem na bazarze w Cuzco. Po godzinie szybkiego marszu wychodzę wreszcie ponad mgły. Cudowny widok. Wypełniona mgłą, dolina otoczona wysokimi (około 6 000 metrów), ośnieżonymi szczytami. Jeszcze jedna godzina i osiągam przełęcz Warmiwanusca, najwyżej położony punkt "Szlaku Inków". Teraz już tylko w dół... no nie zupełnie. Po długim i nudnym zejściu w dolinę i przekroczeniu rzeki wspinam się na druga przełęcz (3998 m. n.p.m.), zatrzymując się po drodze przy owalnych ruinach Runturacay. Tuz pod przełęczą dogania i mija mnie karawana tragarzy. Wielkość i (prawdopodobnie) ciężar pakunków na ich plecach wzbudza podziw. Po przekroczeniu przełęczy i "lunchu" złożonego z bananów i wody schodzę do kolejnych ruin Sayacmarca. Zatrzymuję się tu na dłuższą chwilę podziwiając lokacje tego miejsca i kunszt budowlany jego twórców.


Kliknij !Przekraczam rzekę Rio Aobamba i lasem wędruje w kierunku ostatniej "wysokiej" przełęczy (3700 m. n.p.m.) i ruin Phuyupatamarca. Zejście z przełęczy to makabryczne "Schody Inkow", setki kamiennych stopni po pokonaniu, których najtwardsi kończą z trzęsawka kolan. Na gumowych kończynach dowlekam się do schroniska, przy którym mam zamiar spędzić druga noc. Widok jak poprzedniego wieczoru, wszędzie namioty, udaje mi sie "zdobyc" jedno z ostatnich miejsc-prawie w krzakach. Po rozbiciu namiotu ide rozejrzec sie po pobliskich (jakies 500 metrow) ruinach Huinay Huayna.

Wstaje bardzo wczesnie. Okolo dwoch godzin zajmuje mi dojscie do tzw. Bramy Slonca (Intipunku) skad po raz pierwszy mozna ujrzec, polozone w dole-"zaginione miasto Inkow"-Machu Pichu. Z przeleczy juz tylko okolo godziny marszu wygodna sciezka. Caly czas wspanialy widok na Machu.

Kliknij !Z wyjatkiem niewielu tubylcow nikt nie wiedzial o istnieniu tego miejsca az do 24 lipca 1911 roku, kiedy to amerykanski historyk Hiram Bingham przypadkiem tu dotarl. Pomimo wielu ekspedycji i intensywnych prac wykopaliskowych wiedza o Machu Pichu jest po dzis dzien raczej znikoma. Kunszt budowlany i ilosc ornamentow wskazuje na to, ze miejsce to bylo waznym osrodkiem kultowym.
Na lewo od placu centralnego leza najwazniejsze i najbardziej interesujace budowle. Warto wspiac sie dlugimi schodami do "Hut of the Caretaker" skad roztaczaja sie dech zapierajace widoki. Zaraz obok mozna znalezc najwazniejsza swiatynie miasta Inkow-"Intinuatana". Rzezbiony kamien na jej wierzcholku uzywany byl przez kaplanow do okreslania por roku.
Machu otwarte jest dla zwiedzajacych kazdego dnia od 7.30 do 17.00. Bilet wstepu dla cudzoziemcow kosztuje 10 dolarow na jeden dzien (oplata ta jest wliczona w 17 dolarowa oplate za przejscie "szlaku"), lub 15 na dwa. Wszystkim pokonujacym "szlak" polecam dotarcie tu jak najwczesniejsza pora, przed autokarowym tlumem, ktory szybko zamienia to dostojne miejsce w jarmark.
Po obejrzeniu wszystkiego, co ciekawe włóczę się jeszcze przez godzinę starając się nastroić do mistycyzmu tego miejsca, jednak szybko przeganiają mnie, dowożone przez autokary, stada zwiedzających. Strzelam kilka standardowych "szotow", w tym jedno niecodzienne ze znudzona, ledwo dostrzegająca mnie lama na pierwszym planie. Kreta, leśną droga, krztusząc się w chmurach spalin mijających mnie autobusów udaje się do położonej 700 poniżej Machu Pichu stacji Puenta Ruinas. Na stacji ruch przeogromny. Kramy, handlarze, pamiątki i.... ogromna kolejka po bilety, w której utkwiłem na dwie godziny.


Powrót