Polacy w Angoli

     
Zdjęcia: Sławominr Jednoróg

Angola - Sławomir Jednoróg

Angola to piekny kraj. Jesli gdziekolwiek móglby istniec raj na Ziemi to z pewnoscia mozna by go umiejscowic wlasnie w Angoli. Rozgrzebawszy palcem ziemie mozna by trafic na diament, zloto lub uran a grzebiac z wiekszym zdeterminowaniem pewno spowodowaloby sie erupcje zloza roponosnego. Najwiekszym bogactwem tego kraju jest, z cala pewnoscia woda. Gesto rozprzestrzeniona siec rzek powoduje latwy dostep ludnosci do tego skarbu, którego brakuje na przyklad w osciennej Namibii czy Zairze. Oczywiscie mówiac o gestej sieci rzek nie mialem na mysli porównania z Wenecja, St. Petersburgiem czy Rotterdamem. Ziemia lezaca odlogiem, od czasów zakonczenia kolonizacji portugalskiej, jak mloda i silna oblubienica, spragniona byla rodzenia. W zamian za odrobine uczucia i wysilku gotowa byla wydac stokrotny plon. Cztery plony ryzu w ciagu roku to bylo cos normalnego w okresie rzadów Portugalczyków. Obecnie, po trzydziestu latach wojen, gesta siec kanalów nawadniajacych i szachownice polozonych tarasowo poletek ryzowych, lezacych teraz odlogiem, mozna bylo dostrzec jedynie z okien samolotów.

Kolonializm portugalski w Angoli mial inne oblicze niz angielski w Indiach, holenderski w Nowej Zelandii, francuski czy tez niemiecki. Portugalscy kolonisci zyli obok ludnosci tubylczej. Zakladali wielodzietne rodziny. Brali po kilka zon i naloznic. Splodzone z tych zwiazków dzieci byly za zwyczaj bielsze i bardziej urodziwe. Gdy pracowalem w Lubango nie moglem sie nadziwic urodzie mulatek. To byl rezultat eksperymentu genetycznego, jaki trwal w tej prowincji od kilkuset lat. W Skirolawkach krew mieszano raz do roku. Tu w Lubango dzialo sie to w kazda noc i pewnie wiele razy w dzien. W tym mieszaniu genów z ludnoscia tubylcza uczestniczyli i Portugalczycy i Niemcy i Holendrzy. A i pewnie bez trudu mozna by sie doszukac odrobiny polskiej, bohaterskiej krwi, w zylach ludnosci zamieszkujacej te tereny....

Jasnoskórzy mezczyzni – potomkowie portugalskich kolonizatorów, mianowani byli na nadzorców na plantacjach kawy, czy ryzu a dziewczeta o skórze koloru kawy z mlekiem byly obiektem pozadania przywódców plemiennych. Matki wydajace na swiat mulatów zyskiwaly od razu na znaczeniu spolecznym. Tak jest do dzisiaj. Znani mi wysocy dowódcy wojskowi, zarówno po stronie rebeliantów jak i po stronie rzadowej, posiadali zony mulatki i chlubili sie tym.

Angola przed wojna domowa byla krajem niezmiernie przyjaznym zamieszkujacej ja ludnosci. Gesta siec wielopasmowych autostrad, których oplakane resztki oparly sie wojnie i dzialalnosci przyrody pozwalala spokojnie podrózowac wzdluz i wszerz kraju. Lotniska umieszczane byly przy kazdej, nawet najmniejszej osadzie ludzkiej. Wioski nie mówiac juz o miastach byly zelektryfikowane, posiadaly wodociagi i siec telefoniczna. W malutkiej Quibali, w której pracowalem jako dowódca posterunku polozonego w poblizu kilkutysiecznego obozu UNITA bylo kino, szkola, boisko sportowe z kryta sala gimnastyczna i szpital na kilkadziesiat miejsc oraz kosciól, ogródek jordanowski i park. To wszystko zostalo calkowicie zrujnowane. Na wierzcholkach licznych w Angoli gór umieszczone byly maszty przekazników radiowych i telewizyjnych. Ogladalem wszedzie zalosne ruiny nie tak odleglej przeciez cywilizacji. Mialem za zle wojujacym, ze zniszczyli to wszystko tak nieudolnie! Gdyby nie pozostal kamien na kamieniu, tak jak chocby w Warszawie po Powstaniu, przybysz, taki jak ja, nie mialby, czego podziwiac i zalowac.

Powoli zapoznawalem sie z Angola i tragikomicznym tworem, jakim byla misja pokojowa ONZ. Pomogli mi w tym troche pracujacy na terenie misji polscy obserwatorzy, którzy spedzili tu juz po póltora roku i starali sie od dalsze przedluzenia.

Zadalem sobie wtedy retoryczne pytanie, jakie pobudki kierowaly tymi ludzmi zmuszajac ich do przebywania w ciezkich warunkach tropikalnego, afrykanskiego skwaru. Czy byla to chec zarobienia, pieniedzy czy moze przezycia meskiej przygody? Na to i wiele innych pytan mialem odpowiedziec sobie duzo pózniej. Czesc pozostaje bez odpowiedzi do dzisiaj a czesc pozostanie niewiadoma na zawsze.

Przygladalem sie z duza ciekawoscia mundurom moich rodaków i ich twarzom. Przygladalem sie wszystkiemu. Zazdroscilem im wtedy. Mundury byly dziwacznie wyplowiale. Nosily na sobie wyraznie odcisniete pietno czasu. W kraju, tak móglby wygladac pulkowy flejtuch lub oferma. Tu w misji zniszczony mundur swiadczyl o doswiadczeniu i rutynie misyjnej. Z zazdroscia patrzylem na mundury Holendrów, Nigeryjczyków i wielu innych. Dopasowane do pracy w tropiku. Wygodne. Z nienawiscia myslalem o kilku notablach z róznych departamentów wojskowych, którzy wysylali nas tu prawie na golca. Tlumaczyli swoja niefrasobliwosc tym, ze tu obserwator wojskowy zarabia tyle, ze sie moze samemu wyekwipowac a na miejsce wyjezdzajacego, w kraju czekaja inni, którzy bez zadnych utyskiwan stawia sie, wedle rozkazu, tam gdzie trzeba. Ta maksyme, zywcem wyrwana z zamierzchlej epoki slyszalem wielokrotnie. I na Królewskiej w Departamencie Wojskowych Spraw Zagranicznych i na Nowowiejskiej w Departamencie Kadr MON. Mam to, oraz kilka innych rzeczy im za zle do dnia dzisiejszego.

Z czasem mój mundur splowial i zgalganial coraz bardziej a ja stawalem sie z niego coraz bardziej dumny. Naszywka na ramieniu nazywana zargonowo „Polandem"1 prezentowala sie nie lepiej niz mundur, do którego byla przyszyta. Amarantowe, w zalozeniu sukno godla, przypominalo kolorem raczej wyprana sutanne biskupia a z orzelka odpadaly powoli kawalki gumowego tworzywa. Mój orzelek po prostu zmienial upierzenie. Niezle pieniadze musial tluc w kraju ten, co dostal od wojska kontrakt na robienie tych emblematów.

Rózni ludzie zbierali odznaki kontyngentowe i patrzyli na mojego orzelka jako obiekt pozadania, który móglby zapewnic ich kolekcji unikalnosc. Jeden raz czy moze dwa razy odprulem swoje insygnia narodowe i wreczalem je to temu czy owemu. W mojej opinii obdarowany musial odznaczyc wyjatkowymi czynami zwlaszcza dla naszego kanapowego kontyngentu. Mógl byc to wyjatkowy przyjaciel, brazylijski syn polskich emigrantów, który ze lzami w oczach dotykal polskiego munduru czy tez oficer kwaterunkowy, który przymknal oko na posiadanie nielegalnego baraku, w kwaterze, w Luandzie, Ten kawalek Polski, bardzo zlej jakosci, stal sie dla mnie czyms w rodzaju Virtuti Millitari a ja mianowalem sie jednoosobowa kapitula tego orderu. Rozdalem kilka „Polandów”. W kilku przypadkach obdarowanym sprawilem nieukrywana satysfakcje.

Twarze moich kolegów misyjnych, dlugo pozostajacych w misji, nosily na sobie afrykanskie pietno. To byli prawdziwi weterani. Zapoznani z malaria, zgryzota rozlaki z domem, tesknota za utracona cywilizacja, ale równiez mówiacy biegle po portugalsku i poruszajacy sie w tej operetkowej spolecznosci ONZ-towskiej jak ryba w wodzie. Zazdroscilem im. Zazdroscilem im tego, ze juz niedlugo wróca do kraju, ze maja za soba ten pierwszy strach, niepewnosc wlasnych reakcji na nowe sytuacje.

Spotkani w misji polscy obserwatorzy opowiadali o misji niewiele. Poczatkowo mialem im to za zle. Sadzilem, ze strzega skrzetnie jakis tajemnic. Wyobraznia podpowiadala, mi rózne rozwiazania. Doszedlem jednak do wniosku, ze po wielu miesiacach pracy w skrajnych warunkach wypalili sie tak jak skwarka rzucona na rozgrzana patelnie. Uwazali swoja prace za cos normalnego, nie zaslugujacego na specjalny komentarz. Z rozmów z nimi nie moglem sobie wytworzyc, na poczatku, rzeczywistego obrazu misji. Bylem po prostu nieopierzonym zóltodziobem, dla którego wszystko bylo nowe, ciekawe. Mialem to dopiero przezyc na wlasnej skórze.

Z czasem i ja przesiaknalem Afryka. Zostalem sie weteranem misji. Zawsze jednak staralem sie celebrowac swoja europejskosc. W mojej ocenie umozliwialo mi to mycie zebów i uzywanie papieru toaletowego.

Wszyscy nowo przyjezdzajacy do misji musieli przejsc dwutygodniowy kurs przygotowawczy. Kurs konczyl sie egzaminem z angielskiego, radio-komunikacji i na prawo-jazdy. W czasie kursu zakwaterowany bylem w kompleksie Tesheira Duarte nalezacym do portugalskiej firmy budowlanej. Na terenie kompleksu znajdowalo sie kilka parterowych pawilonów. Byly one, jak na warunki angolanskie, luksusowo urzadzone. Na korytarzach byly normalne toalety i prysznice z biezaca woda – ewenement. Z Tesheira Duarte do kwatery mozna bylo dojechac mikrobusami lub autobusami ONZ-towskini jezdzacymi teoretycznie zgodnie z rozkladem. Wielokrotnie mialem sie przekonac jakze zludne bylo dowierzanie wszelkim rozkladom jazdy, planom lotów, terminom naplywania zaopatrzenia oraz przydzialom miejsc w samolotach etc.

Zupelnie inaczej wygladala Kwatera Glówna. Jezeli ktos kiedys widzial zaplecze olbrzymiej budowy, z licznymi kontenerami socjalnymi, ten jest bliski wyobrazenia sobie wygladu kwatery. Kontenery spelnialy wszechstronna role i byly porozrzucane bez wiekszego skladu i ladu, jak w pijanym widzie. Szlak by trafil tu pewnie nie jednego liniowca z naszej armii, takiego specjalisty od malowania trawy na zielono i jednolitosci, jak mozna bylo spieprzyc cos takiego. Byly kontenery mieszkalne gdzie ludziska gniezdzili sie na kilku metrach kwadratowych. Byly kontenery sztabowe, w których miescily sie waznie biura misji. W kilku polaczonych kontenerach miescila sie kantyna, w której mozna bylo za dwa dolary zjesc sniadanie a za cztery lunch 2 lub dinner 3. W kontenerach miescila sie lokalna przychodnia zdrowia. Mozna tam bylo bez klopotu dostac Eflokine lub Meflokine 4 na malarie, zaszczepic sie przeciwko wielu chorobom zakaznym. Generalnie obserwator skazany byl na siebie samego a dostarczane srodki przeciwmalaryczne pomagaly jak umarlemu kadzidlo. W powiesci Józefa Haszka „Przygody dobrego wojaka Szwejka” feldkurat 5 Katz uzywal hipermanganu 6 przeciwko syfilisowi, którego podlapal w czasie wykonywania poslug kaplanskich. Od tego czasu w dziedzinie ONZ-owskiej sluzby zdrowia nie odnotowano wiekszych postepów.

Mimo, ze teren Kwatery nie byl rozdzielony zadna materialna przegroda wyraznie zarysowany byl jej podzial. Na czesc kontenerowa i willowa. W czesci kontenerowej gniezdzili sie obserwatorzy i staffowie 7 oraz co pomniejsi pracownicy cywilni. W czesci willowej przeznaczonej dla elity, znajdowala sie willa DFC -zastepcy dowódcy misji, kilku pomniejszych notabli oraz ich wojskowych i cywilnych przydupasów. W oczach nowoprzybylego obserwatora ta czesc kwatery uchodzila, za szczyt lokalnego luksusu. Zawsze zamieciona i polana woda, z wiecznie zielonymi trawnikami, basenem kapielowym i kortem tenisowym byla to oaza normalnosci. W tej czesci znajdowala sie brama, która mozna bylo na teren kwatery wjechac i wyjechac z zapoznana na miescie dziewczyna.

Do konca misji mialem sporo trudnosci w odnalezieniu czegokolwiek w tym balaganie. Do najwazniejszych miejsc trafialem jednak bez wiekszych klopotów. Byla to kasa, kantyna, bar „Blue Beret 8”, oraz sklep.

Z czasem dowiedzialem sie, ze w Luandzie byly jeszcze dwa inne obozy: Villa Rosa i chyba Malibu. Tam juz panowal naukowy komunizm, o którym nie snilo sie filozofom w niebie a co dopiero zwyklemu obserwatorowi wojskowemu. W tym pierwszym bylem nawet raz zakwaterowany. Na kilka dni przyjechalem do Kwatery jako RSMO 9 i ARC 10, na odprawe z FC 11 dano mi do dyspozycji samochód, talony na zarcie i klucz do apartamentu z klimatyzacja. Mnie to jednak juz nie bylo w stanie zadziwic. Mialem lepsze warunki w swoim Lubanago gdzie bylem „Pierwszym po Bogu” a do konca misji pozostal mi tylko miesiac.

Wszyscy czlonkowie personelu wojskowego i cywilnego wyposazeni byli w karty wstepu do PIVEXU, bo tak tez nazywano nasz sklep. Mnie on zawsze kojarzyl sie z PEWEXEM, gdzie za czasów nieboszczki komuny mozna bylo popatrzec na wielki swiat, powachac jak smierdzi zgnily imperializm a w okresie prohibicji kupic za dziwaczna walute, bony PeKaO, gorzalke przed trzynasta. Byl to jedyny w calej Angoli sklep gdzie mozna bylo kupic europejskie jedzenie i troche przedmiotów powszechnego uzytku. Na produkty zywnosciowe ceny byly ksiezycowe. Dowiedzialem sie pózniej, ze ajent zwiazany z biurem CAO 12 czerpal prowizje z dochodów. Byl, wiec zainteresowany sprzedawaniem towarów po najwyzszych cenach. W miare zdobywania doswiadczenia i znajomosci portugalskiego nauczylem sie radzic sobie bez PIVEXU. I to calkiem niezle.

W wiekszosci personel pracujacy na posterunkach w dzungli lub w interiorze byl skazany na zakupy wylacznie w tym sklepie. Widzialo sie wielokrotnie obserwatorów objuczonych dziwacznymi pakunkami zawierajacymi caly ich dobytek i wyzywienie na dwa, trzy miesiace czekajacych na lotniskach tranzytowych na polaczenie do swoich posterunków obserwacyjnych.

Przekonalem sie wtedy, ze panaceum dla calej dla misji byla szeroka tasma samoprzylepna. Mozna bylo z niej robic cuda. Pokleic kartonowe opakowania na zywnosc z PIVEXU. Wyreperowac rozbite okno na posterunku. Raz jeden widzialem nawet jak dekompresji ulegla kabina pasazerska transportowego Boeninga, z olbrzymimi cargo drzwiami z boku i siedzeniami dla pasazerów na ruchomych paletach transportowych. W zaleznosci od potrzeby wywalalo sie przez te boczne drzwi palety z siedzeniami a wstawialo palety z ladunkiem. Pomysl bardzo fajny. Na podlodze tego samolotu i Herkulesów 13 byly rolki umozliwiajace przemieszczanie wielotonowych palet.

Na lotniskach gdzie byly wózki widlowe rozladowanie Herkulesa trwalo kilka minut. Tam gdzie nie bylo wózków rozladowywano samolot godzinami.

Samolot, którym wtedy lecialem byl pokraczna karykatura statku powietrznego. Idealnie pasowal do obrazu calej misji. Gdyby nie dumny napis na jego kadlubie, obwieszczajacy, ze zostal on przed bardzo wieloma laty wykonany w zakladach Beoninga mozna by przysiac, ze powstal przy pomocy pól litra i kolegi na wysypisku smieci czy tez szrocie. Wszystko w srodku wydawalo sie byc przerdzewiale i polamane. Z podartej tapicerki scian bocznych i siedzen wystawaly jakies kleby welny mineralnej czy czegos podobnego. Burty zewnetrzne samolotu, kiedys biale, nosily na sobie pietno czasu i wszystkie mozliwe odcienie brudu. Dumnie jedynie wygladal napis UN obwieszczajacy, ze rzeczony samolot w danej chwili nalezy juz do ONZ a nie do jakies aerokompanii szmuglujacej do Angoli bron a z Angoli diamenty.

Podejrzewam, ze wlasciciel aerokompanii, od której wyczarterowano ten samolot jak i funkcjonariusz ONZ, który ta transakcja zatwierdzil zrobili interes zycia. Zwielokrotniliby swój zysk gdyby ubezpieczony przez ONZ samolot rozlecial sie w drobny mak na lotnisku albo jeszcze lepiej w powietrzu. Wine by sie zwalilo na FAA 14 lub UNITA. Pieniadze (z ubezpieczenia) nie smierdza.

Gdy bylismy juz na stosownej wysokosci w srodku kadluba podniósl sie harmider, który mnie obudzil. Poczulem silny podmuch wiatru i mimo jego zbawczego zimna zrobilo mi sie goraco i duszno, nie bylo, czym oddychac. W czasie wielogodzinnych lotów z posterunków do baz regionalnych i dalej do kwatery glównej w Luandzie zawsze staralem sie zajac strategiczna pozycje tak abym mógl pospac lub wyciagnac sie w wygodnej pozycji. Holdowalem tej zasadzie nawet podczas licznych lotów smiglowcami. No cóz stara zasada, ze zolnierz spi a sluzba leci okazywala sie byc sluszna i w tych warunkach.

Obudzony tym podmuchem i halasem, na pólprzytomny zobaczylem, ze przez bulay 15 w scianie bocznej samolotu kotluje wiatr. Byla tam dziura. Po chwili do luku pasazersko - bagazowego wszedl, którys z czlonków zalogi. W jednoczesciowych, poplamionych drelichach robil wrazenie czlowieka, którego juz niewiele rzeczy, na pokladzie tego samolotu, jest w stanie zaskoczyc. Z sobie tylko wiadomego zakamarka wyciagnal kawal materialu wygladajacy z daleka, w pólmroku jak cienka plyta pilsniowa. Wprawnym okiem ocenil rozmiary uszkodzenia i odlamal stosowny kawalek. Przylozyl go do sciany i bez wiekszego wysilku zasadzil nieregularne brzegi laty za jakies wystepy poszycia. Z kieszeni wyciagnal rolke przylepca. Odnalazl jego koniec i zwinnymi ruchani nakleil opatrunek na sciane boczna kabiny. Po chwili juz go nie bylo. To wszystko przeczylo prawom fizyki. Ustal wiatr. Po jakims czasie, juz na pól zasypiajac poczulem smród. Którys z siedzacych blizej calego zajscia pasazerów pewnie nie wytrzymal nerwowo. Mnie to juz niewiele obchodzilo.

Zawsze dbalem o to, aby miec w zapasie kilka krazków tej brazowej samoprzylepnej tasmy. A nóz widelec zaloga nastepnego samolotu nie byla byt tak rzetelnie przygotowana do pracy w misji. Móglbym wtedy wystapic nie tylko jako UN-peace keeper 16 ale i jako lokalny maz opatrznosciowy ratujac zycie zalogi, pasazerów i wlasne. Przypomniala mi sie wtedy maksyma, która nam wpajano w Centrum Szkolenia dla Potrzeb ONZ w Kielcach. Najwazniejszym zadaniem obserwatora wojskowego ONZ jest utrzymanie sie przy zyciu. Tylko w takim stanie mozna prowadzic obserwacje i sporzadzac sitrepy 17 nawet, jesli jedyna rzecza do zameldowania jest NTR 18

W czasie mojego kursu przygotowawczego wzialem serie szczepien oraz zaswiadczenie lekarskie, ze mam wrócic do Kwatery za miesiac i za pól roku po druga i trzecia dawke przypominajaca. Z kilkunastu szczepien wymaganych w obrebie misji, w kraju dostalem tylko jedno i to w pojedynczej dawce. Znowu ktos dobrze pokombinowal na linii DWSZ 19 -Szefostwo Sluzby Zdrowia - Centrum w Kielcach. Dzieki tym szczepieniom, ku rozpaczy mojego pierwszego dowódcy posterunku, udalo mi sie wyrwac z timsajdu 20 juz po miesiacu sluzby. Chorowalem po tych pierwszych szczepieniach jak kot. Prawdopodobnie wplynelo na to kilka czynników takich ja oslabienie organizmu spowodowane adaptacja do nowych warunków klimatycznych, przyjmowaniem srodków antymalarycznych, pobraniem wszystkich szczepien w krótkich odstepach czasowych. Wtedy nie przejmowalem sie tym.

W okresie mojego kursu przygotowawczego poznalem kilku Polaków przebywajacych w Luandzie. Nalezeli do nich ówczesny ambasador RP w Angoli i pracujacy w ambasadzie szyfrant. Pracujacy dla ONZ, w charakterze pracownika cywilnego, byly oficer WP nosil wdzieczny przydomek Chlebus. Polski emigrant latajacy dla poludniowo afrykanskiej aerokompanii obslugiwal wyczarterowany dla ONZ Bichcraft 21. Stanowili oni barwna zbieranine. Najmilej jednak wspominam srodowisko polskich ksiezy misyjnych i sióstr zakonnych.

W polozonej kilkadziesiat kilometrów od Luandy miejscowosci Kifandongo znajdowala sie biskupstwo prowincjala werbistów. Byl to „Urzad” jakze inny niz znany mi z kart powiesci Tadeusza Brezy. Spotykalem na misjach katolickich unikalnych ludzi. Przesiaknietych gleboko humanizmem, wspanialych. Jakze innych od hierarchów koscielnych i kleru znanych mi z Polski. Kula w leb temu, który posadzilby mnie o sprzyjanie klerykalom. Przez caly pobyt w misji staralem sie tak organizowac swój czas tak, aby choc na chwile spotkac sie z którys z nich, a najlepiej z kilkoma. Popic whisky, pospiewac polskie piosenki niekoniecznie religijne i cenzuralne a najlepiej przedwojenne wojskowe. Znalazlem wsród nich chetnych do wypitki i wybitki, kompanów, z którymi mozna by konie krasc, ale tez usiasc zadumac sie i westchnac.

Kilku z nich mialo w swoim zyciorysie epizody wojskowe a ksiadz Leon o malo nie zostal oficerem. Z Leonem chcialbym sie spotykac zawsze. Mysle o nim bardzo duzo. Ostatnio, podczas pobytu w Polsce Leon dzwonil do mnie wielokrotnie. Po kolejnej przebytej malarii jego organizm stal sie tak kruchy jak pokój w Angoli. Musial poddac sie leczeniu w Instytucie Medycyny Morskiej i Tropikalnej w Gdyni. Pewnie wrócily do niego wspomnienia: te z nieukonczonej szkoly oficerskiej i te z wieczorów i nocy spedzonych z polskimi oficerami w Afryce. Leon byl naszym nieetatowym kapelanem. Niósl nam, a przynajmniej mnie, pocieche duchowa a poniewaz robil to spontanicznie i bardzo ofiarnie nieraz po tych wieczorach zamiast bólu istnienia, odczuwalem potezny ból glowy. Leon chcial zostac kapelanem wojskowym, tu w kraju, jak mi powiedzial, wystarczylby mu pokój w koszarach blisko zolnierzy. Ja stary komuch, modle sie w intencji, aby Pan wysluchal jego prósb. Leon organizowal nam, w Luandzie spotkania z mlodymi parafiankami z parafii „ Sagrada Familia ”. Dobrze wiedzial, ze nie samym chlebem i whisky zyja zolnierze na wychodzstwie.

W czasie kursu przygotowawczego poznalem prawie wszystkich polskich obserwatorów. Byla to niezla menazeria. Byli chlopcy i z miasta i zeWSI 22. Jak by ich zebrac do kupy to nie wiem czy by mozna taka druga kompanie gdziekolwiek indziej spotkac chyba jedynie u Kmicica, na kartach sienkiewiczowskiego „Potopu”.

W tej zwariowanej misji, stoicki spokój zachowywal niezmiennie Rysiek. Gdy go poznalem pracowal w Teamie 23 Luanda i byl jednoczesnie rezydentem polskiego kontyngentu. Na jego barkach spoczywal obowiazek organizowania samochodu i odbierania z lotniska polskich obserwatorów przybywajacych to Kwatery. Nie bylo w Luandzie komunikacji miejskiej. Z lotniska mozna bylo sie wydostac jedynie ONZ-towskim samochodem i to pod warunkiem, ze ktos ze znajomych nim kierowal i mial akurat wolne miejsce. O przybyciu do Kwatery z interioru informowalismy Rysia na ogól w ostatniej chwili lub dopiero z lotniska. Rysiek zawsze zdazyl zamienic sobie patrol, wyrwac komus innemu samochód. Zawsze mial czas na to by zalatwiac sprawy narodowe. Wysylal listy pisane do kraju. Odbieral i przechowywal przychodzaca korespondencje. Potrafil zalatwic nocleg dla przybywajacego z posterunku obserwatora, co graniczylo w Kwaterze z cudem. Byl przy tym zawsze spokojny i zrównowazony. Rysiek opiekowal sie mna w Luandzie, gdy mialem noge w gipsie. Udzielil mi schronienia w swoim kontenerze.

Po powrocie z misji w Angoli mialem nagromadzone chyba z pól roku urlopu. Zostalem zaproszony telefonicznie do DK 24 w sprawie jakis remanentów zwiazanych z posada seniora Polskiego Kontyngentu, jaka piastowalem przez trzy czwarte pobytu na misji. Ten, kto kiedykolwiek pracowal w armii wie, ze na takie zaproszenie nie odnawia sie tak jak inzynierowi, premierowi Pawlakowi, temu, który uwazany byl za cyborga, nie odmówila laureatka Miss Polonia. Jakos tak wyszlo, ze w czasie rozmowy dostalem propozycje wyjazdu na misje do Tadzykistanu a moze sie tylko o tej misji mówilo. Nie pamietam. Po latach jest to tak jak ze sprawa zegarka. Nie pamieta sie czy to ON ukradl, czy to JEMU ukradziono, pamieta sie jedynie, ze byl ON w sprawe zegarka zamieszany. Ja do Tadzykistanu nie pojechalem, ale pojechal Rysiek. Spotkalem go na kilka dni przed jego wyjazdem. W DWSZ, w bufecie oddalem mu jego aparat fotograficzny, którego mi uzyczyl jeszcze w Angoli oraz dyplom medalu ONZ-towskiego. Którys z ówczesnego szefów CMPO 25 wetknal odjezdzajacym wtedy z misji Polakom medale ONZ-towskie w biegu, ot tak jak sie mówi czesc spotkanemu w toalecie znajomemu. Sytuacja jest wtedy klopotliwa, bo nie wiadomo czy podac reke czy nie. Otóz odjezdzajacy medale dostali w biegu, ale juz dyplomów do nich im nie wreczono. Gdyby sytuacja ta dotknela jakis inny kontyngent to Permanentna Misja Wojskowa danego kraju przy ONZ darlaby sie na cale Zgromadzenie Ogólne. Nasz przedstawiciel w ONZ, plk M...., byl odpowiedzialny akurat za misje afrykanskie. Nie otworzyl w tej sprawie nawet dzioba, podobno nie chcial byc posadzony o stronniczosc!

Rozmawialismy, z Ryskiem uzywajac jakiegos slangu zrozumialego dla obserwatorów i ludzi, którzy otarli sie o misje pokojowe ONZ. Uzywajac mnóstwa terminów, których praktyczne znaczenie znane bylo tylko w srodowisku misjonarzy, skrótów myslowych, za którymi kryly sie realne, czesto tragiczne sytuacje.

Utkwila mi w pamieci jego szczupla sylwetka. Rysiek odszedl w kierunku Nowego Swiatu, ciagnac za soba walizeczke na kólkach, taka sama jak moja, bosmy sobie razem je na misji kupili. Takim mi pozostanie w pamieci na zawsze...

Gdy w pare miesiecy pózniej, uslyszalem w porannych wiadomosciach, ze polski oficer, pplk Ryszard Sz., zostal zamordowany na misji pokojowej w Tadzykistanie, stanela mi przed oczami postac Rysia. Bylem jak razony piorunem.

Wraz z Leszkiem i drugim Ryskiem polecielismy samolotem ze Spec-pulku do Koszalina na pogrzeb. Byl tam Bogdan, z którym razem bylem w Angoli i Chlebus. Prawie kompletne dwie zmiany.

W poblizu trumny mojego przyjaciela wrócily wspomnienia z Angoli...

Objaśnienia:

1 Emblemat z nazwa i godlem kraju. Nie mielismy szczescia do udanych emblematów. Nastepna zmiana przywiozla naprawde sliczne haftowane, naszywki niestety bez nazwy kraju.
2 Lunch - cieply posilek spozywany okolo poludnia.
3 Dinner – cieply posilek podawany wieczorem.
4 Eflokine lub Meflokine popularne leki przeciwmalaryczne majace w zalozeniu zmniejszyc ryzyko    zachorowania na malarie i wywolania przez nia skutków smiertelnych. W praktyce na malarie    chorowali i ci którzy stosowali profilaktyke i ci którzy jej nie stosowali.
5 Kapelan wojskowy.
6 Nadmanganian potasu.
7 Staff appoitmnent - Stanowisko urzednicze w tym przypadku obsadzane przez wojskowych.
8 kantyna w kwaterze, w które mozna sie bylo wypic drinka, piwo, cole i cos zjesc.
9 Regional Senior Military Observers –dowódca obserwatorów wojskowych w prowincji
     ONZ-Towskiej.
10 Acting Regional Commander -pelniacy obowiazki dowódcy Regionalnego odpowiednik      ONZ- towskiego gubernatora prowincji.
11 Force Commander – Dowódca Misji, osoba nr 1 w misji wojskowej.
12 Chef of Administration Officer - szef administracyjny misji. Osoba nr 2 w calej misji a tak     naprawde to czlowiek, od którego wszystko zalezalo.
13 Herkules C-130 - popularny wojskowy samolot transportowy.
14 FAA – Forca Armada Angola – Angolanska Armia Rzadowa.
15 bulay - okragle okienko w burcie samolotu.
16 Żolnierz ONZ, którego zadaniem jest monitorowanie wprowadzania w zycie rezolucji Rady      Bezpieczenstwa ONZ doslownie utrwalacz pokoju.
17 Situation report – meldunek sytuacyjny sporzadzany dla sluzb operacyjnych.
18 Nothing To Report - skrót oznaczajacy nic waznego nie zaszlo
19 DWSZ – departament Wojskowych Spraw Zagranicznych
20 Team Site - ONZ-towski posterunek obserwacyjny, na którym pracowalo kilku obserwatorów      wojskowych.
21 Bichcraft - samolot krótkiego startu, odbywajacy zazwyczaj kursowe rejsy pomiedzy       posterunkami a kwatera regionalna.
22 Wojskowe Sluzby Informacyjne.
23 Team -zaloga Team Site.
24 Departament Kadr MON.
25 CMPO Chief of military personal office. – szef biura kadrowego misji, jednego z najwazniejszych biur.


Powrót | Back