Indie 28- marca- 2006

Indie. Czy można sobie wyobrazić kraj bardziej różnorodny? Czy jest kraj bardziej interesujący na naszej planecie?

- Indie są 10 razy większe od Polski!

- w Indiach są wszystkie rasy, wszystkie klimaty, wszystkie religie świata…

- w Indiach jest ok. 600 języków i narzeczy…

- w Indiach są zabytki tak niezwykłe jak piramidy egipskie…

- Indie to kraj świętych krów, świętych małp, świętych ludzi, świętych drzew…

Nie sposób zrozumieć Indie do końca! Jeśli odwiedzanie Italii, Hiszpanii czy Turcji jest wielką przygodą to spotkanie z Indiami jest przeżyciem, które pozostawia głęboki ślad w świadomości Europejczyka! Można ten kraj lubić lub nie, ale nie można przejść obojętnie obok tego co się tam ogląda i przeżywa! Indie uczą skromności, pokory i człowieczeństwa , czynią człowieka bogatszym wewnętrznie, lepszym!

Dla mnie była to już siódma wyprawa nad Ganges! Po raz pierwszy udałem się tam z Orbisem z 40 dolarami. Początek nie był miły; ktoś mnie chyba „zadenuncjował”, bo wzięto mnie do kontroli osobistej… Celnikom jednak nie udało się znaleźć „świadectwa przestępstwa”! Później już były same przyjemności: Bardzo ciekawy program, luksusowe hotele, obfita europejska kuchnia i liczne kontakty ( także prywatne ) z ciekawymi ludźmi. To sprawiło, że wywiozłem nierzeczywisty obraz tego kraju, taki jaki chciałem!

W trakcie trzech kolejnych wypraw dookoła świata Indie były krajem etapowym. Razem z Hindusami podróżowałem pociągami i autobusami, spałem w tanich hinduskich hotelach, i jadłem to co Hindusi; przeważnie somozę ( rodzaj pierożka z jarzynami ) i banany. Okazji by lepiej poznać ten kraj i jego mieszkańców więc nie brakowało! Podobnie było i w trakcie ostatnich trzech grupowych wyjazdów w 2004, 2005 i w lutym 2006r.

O ile poprzednie wyjazdy nie wspominam zbyt mile, ze względu na niezbyt dobrze dobrany zespół ludzi o tyle ten ostatni mimo licznych trudów i kłopotów zdrowotnych niektórych uczestników był w pełni udany! Z grona 10 członków wyprawy, dla kilku osób miała ona być spełnieniem największego marzenia życiowego i chyba tak się stało?

A zaczęło się niezbyt pomyślnie. Gdy już kupiłem wszystkie bilety lotnicze zadzwonił Krzysztof, który z wyprawą wiązał wielkie nadzieje. Ukradziono mu paszport i dowód osobisty. Było już zbyt mało czasu na załatwienie paszportu i wizy indyjskiej!

Wylot do Moskwy z warszawskiego Okęcia nastąpił 10 lutego o godz. 11.2o. Czułem się trochę zmęczony przygotowaniami do wyjazdu, ale byłem w dobrym nastroju! Po kilkunastu minutach czekania odlecieliśmy do Delhi. Ok. godz. 7oo wynająłem dwie taksówki bagażowe i udaliśmy się do hotelu YES PLEASE , gdzie już wcześniej zarezerwowałem 5 pokoi. Odpoczynek, skromny posiłek, kąpiel i zwiedzanie starego Delhi. Następnego dnia było podobnie; wyjazd do zespołu zabytkowego Kutub Minar, przejazd przez Nowe Delhi, spacer po centrum administracyjnym i handlowym : Connaught Place i zakupy. Pragnienie przeżycia wielkiej przygody i zobaczenia wszystkiego co tylko jest godnego uwagi, sprawiło, że od początku wyprawy brakowało czasu na odpoczynek i przygotowanie posiłków! Trzeba również pamiętać, że między Warszawą i Delhi jest 4.5 godziny różnicy czasu, że w ciągu zaledwie kilku godzin z arktycznej Polski przenieśliśmy się do tropikalnych Indii.

Podobał mi się jednak ten młodzieńczy entuzjazm i pasja poznawcza, ale trochę niepokoił brak rozwagi. Gdy Hindusi zamykali sklepy i wyludniały się ulice miast ze względu na wysoką temperaturę, my wyruszaliśmy na zwiedzanie, często głodni, i zmęczeni…Osłabiony z głodu i wyczerpania turysta łatwiej choruje, łatwiej też go okraść!

Ja przeważnie wracałem wcześniej; robiłem zakupy, gotowałem obiad na zabranej z Polski maszynce elektrycznej, spożywałem posiłek wraz z córką Jadzią, załatwiałem bilety kolejowe lub autobusowe i inne sprawy. Gdy po upływie kilku godzin ktoś nie dotarł do hotelu, drżąc ze strachu by coś złego się nie przydarzyło ( kradzież paszportu, biletu lotniczego, pieniędzy ) zacząłem się modlić!

Trzeciego dnia przybyliśmy do Jajpuru, stolicy Radżastanu. Z okna autobusu zobaczyłem zupełnie inne Indie; autostrada, budowa nowych dróg, domów, hoteli, uprawy ryżu i pszenicy sztucznie nawadnianych itp. W ciągu 11 miesięcy, od ostatniego przyjazdem do tego kraju obserwuję kolosalne zmiany! Tętniąca życiem metropolia jest miejscem ogromnych kontrastów. Między tłoczącymi się na ulicach samochodami torują sobie drogę ciągnione przez wielbłądy , załadowane warzywami wózki. Przed oczami przesuwa się barwna, ruchliwa mozaika ryksz, rowerów, motocykli, samochodów, autobusów i pieszych. Odziani w tradycyjne radżpurskie stroje i jaskrawe turbany wąsaci mężczyźni prowadzili ożywione dysputy przed sklepami. Poza spacerami po mieście duże wrażenie zrobił słynny Hawa Mahal ( Pałac Wiatrów ) i Pałac Miejski!

Stolicę Rajastanu otaczają jałowe wzgórza z fortecami i murami obronnymi. Do odległej ok. 11km. dawnej stolicy stanu Jajpur Amber Fort udaliśmy się autobusem. Gdy pojazd się zatrzymał trzeba było wynieść z niego omdlałą Jadzię! Zimna woda, krótki odpoczynek, masaż nóg hinduskiego lekarza i ruszyliśmy w kierunku fortu! Popularnym do niedawna środkiem transportu na szczyt były słonie, dziś własne nogi…! Nam udało się załatwić krótką przejażdżkę w pobliżu słoniowej stajni za 1 dolara od osoby.

Kolejnym etapem wyprawy była Agra. Nocleg był tu gorszy niż poprzednie, choć znacznie droższy! Inna niedogodność tego miasta to bardzo duże skażenie środowiska. Duża ilość zakładów przemysłowych, motororyksz, motocykli i samochodów jest przyczyną okropnego smogu, nie ma tu czym oddychać! Tym razem widoczność była niezła, a z hotelowego tarasu w promieniach zachodzącego słońca podziwiałem zmieniające się barwy; biel, złoto, róż, czerwień, błękit, szarość i czerń jednej z najsłynniejszych budowli świata Taj Mahalu.

Już dla tego przeżycia warto było tu przyjechać! Taj Mahal to najwspanialszy pomnik miłości na świecie. By uświadomić sobie do czego zdolny jest człowiek koniecznie trzeba zobaczyć Bazylikę św. Piotra w Rzymie, Aya Sophię w Stambule i z pewnością Taj Mahal!

Legenda Agry to także Red Fort i Pawi tron, który został później wywieziony do Delhi, a w końcu do Teheranu!

Z męczącej Agry udaliśmy się do jeszcze bardziej uciążliwego Jhansi. Hotel Samrat w pobliżu Dworca kolejowego przy głównej ulicy i 5 dwuosobowych pokoi nie były złe, ale komary w pierwszą noc i codzienne hałasy sprawiały, że nie dało się spać. W tym kraju nie ma pojęcia ciszy nocnej. Ciągłe przemarsze orkiestr, pochody weselne, klaksony samochodowe na zewnątrz, a śpiewy, libacje i głośne rozmowy w pokojach hotelowych do późnych godzin nocnych bardzo utrudniają odpoczynek!

Jhansi było miejscem zakupu biletów kolejowych na kolejne odcinki między miastami i bazą wypadową do Orchhy i Khajuraho, gdzie planowałem trzydniowy odpoczynek! Niestety tuż po przyjeździe stan zdrowia Jadzi był taki, że następnego dnia z rana w towarzystwie Iwony, zawiozłem ją do szpitala. Iwona została z Jadzią, a ja z pozostałymi członkami grupy udałem się rykszą do Orchhy! Po dwóch dniach wędrówek między Jhansi, a Khajuraho wybrałem Jadzię ze szpitala… Ku mojemu zdumieniu właściciel szpitala, młody lekarz hinduski, który dwa dni wcześniej zapewniał, że dzień pobytu w szpitalu będzie kosztować 850 rupii ( total 850r. –całkowity koszt ) teraz policzył prawie 8 000 rupii. Byłem oburzony, zapłaciłem 5000r, lekarz je przyjął, a towarzyszące dwie pielęgniarki uśmiechnęły się do mnie z aprobatą! Odetchnąłem z ulgą. Noc spędziliśmy w komfortowych warunkach w Hotelu Samrat i wcześnie rano ruszyli do Khajuraho! Gdy ok. południa dotarliśmy do hotelu „Joga” Rysiek, leżał chory, zatrucie! Po południu w niepełnym składzie zwiedzaliśmy świątynie, które zasłynęły na całym świecie nie tylko jako jedno ze szczytowych osiągnięć sztuki indyjskiej! Bogactwo form i trudna do uwierzenia maestria techniczna , ale głównie występujące tu grupy rzeźbiarskie w niesłychanie wyszukanych układach erotycznych budzą szok u turysty europejskiego! To najstarsza szkoła miłości na świecie – kamasutra!

Spacer zakupy i powrót następnego dnia do Jhansi. Kolejny etap to Jalgaon. Przybyliśmy tam wieczorem z ok. godzinnym opóźnieniem bo pociąg stał pod semaforem. Od razu udałem się do znanego mi hotelu La Plaza. Nie wspominałem go miło z poprzednich lat , ale nie wierzyłem, że uda się znaleźć coś innego! Tylko jeden maleńki pokój dla dwóch osób! Na szczęście w pobliżu udało się znaleźć inny hotel, dwa pokoje dwuosobowe, jedynka i dormitorium. Pokoje przypominały bardziej karcer niż hotel, więc prawie wszyscy zdecydowali się na dużą pustą salę, gdzie było cicho i dość chłodno. Wypoczęci i w dobrym nastroju następnego dnia z rana zostawiliśmy trochę bagażu w La Plaza i rykszami udali na Dworzec autobusowy. Przed godz. 8oo niezbyt komfortowym, ale czystym i pustym autobusem udaliśmy się w kierunku Ajanty i Araugabadu. Autobus jechał dość szybko i przed południem byliśmy na miejscu. Od razu otoczyła nas grupa „naganiaczy” oferująca tanie i dobre hotele, ale z ich „pomocy” nie skorzystałem i udałem się do znanych mi z lat poprzednich. Niestety były pełne. Z Ryśkiem odwiedziłem kilka innych. Niektóre z nich były brudne i tanie, inne b. drogie choć o podobnym standardzie. W jednym z nich bezskutecznie usiłowałem utargować choćby symboliczną kwotę! Widocznie recepcjonista wolał by hotel był pusty? Trudno było to zrozumieć! Gdy już zacząłem się martwić przyjęto nas chętnie w b. dobrym hotelu Ashoka Executive, który był obok! Wydawał się zbyt komfortowy i b. drogi!

Poszukiwania noclegu tym razem nie zabierało mi dużo czasu i może poza 2, 3 przypadkami były to ładne, czyste i jasne pokoje dwuosobowe z łazienką! Czasem atrakcyjność miejsca decydowała o tym gdzie spędziliśmy noc! Tak było w Varanasi i w Ellorze, gdzie część osób spała w obszernej pracowni poznanego przed laty artysty.

Miałem dużo szczęście, że Khan – malarz, był w domu, a nie w szpitalu jak poprzednio! Ponadto jak przed laty nasz pobyt w Ellorze wypadł na coroczne wielkie hinduistyczne uroczystości poświęcone Sivie. Uczestniczenie w nich wraz z około pół milionowym tłumem pątników, to atrakcja niemniejsza niż oglądanie słynnych świątyń wykutych w skałach! Jedna z nich zasługuje na szczególną uwagę: Kajlasanatha. Ponoć zdumieni jej pięknem bogowie powiedzieli: „ Ta świątynia Siwy zrodziła się sama, gdyż podobnego piękna nie można spotkać w dziele sztuki” Zaś zauroczony nią architekt powiedział „ Cudowne! Nie wiem, jak ja mogłem to stworzyć. „ W drodze powrotnej do Delhi jadąc pociągiem zatrzymaliśmy się na kilka godzin w Allahabadzie i dwa dni w Varanasi- najważniejszym ośrodku hinduizmu! Trudno zrozumieć Indie bez wizyty w tym mieście. Miasto ok. 1500 świątyń i 300 meczetów, jedno z najstarszych miast w świecie. Wedle tradycji na jednym z ghatów- Dasaswamedh mieli spotkać się trzej główni bogowie: Brahma, Visnu i Siva. Tu nad miskami, żebraczymi siedzą młodzi i starzy, biedni i bogaci, kobiety i mężczyźni, piękni i mniej dorodni… Wszyscy wierzą, że śmierć nad brzegami świętej Gangi zapewni im „nirwanę”. Przewodniki reklamują to miasto: :Przyjedź do Benares i umrzej”

Usiadłem tu nad brzegiem Gangesu, w pobliżu Manikarnika, ghatu gdzie od setek lat, w dzień i w nocy dokonuje się kremacji nieboszczyków. To miejsce i pora odpowiednia na refleksje, na postawienie sobie pytania Jakie naprawdę są dziś Indie?

Ludzie: W Indiach są jeszcze wioski samowystarczalne, jedna wielka komuna. Zapewne mieszkają tam ludzie b. gościnni, życzliwi, ale my najczęściej spotykaliśmy: taksówkarzy, ryksiarzy, hotelarzy, lekarzy, sprzedawców, żebraków… Od czasu mojego pierwszego pobytu w Indiach dużo się zmieniło. Kompleks białego człowieka przerodził się w niechęć i arogancję. Spędzenie tu choćby kilku dni nie jest łatwe! Od samego rana przybysz z Europy jest zasypywany różnymi ofertami; w hotelu propozycjami przyniesienia śniadania, wyprania odzieży, załatwienia wycieczki. Na ulicy bez przerwy zaczepiają nas ryksiarze z propozycją podwiezienia do jakiegoś zabytku. Właściciele sklepów lub naganiacze oferują zakup atrakcyjnych pamiątek. Do swych jadłodajni zapraszają kucharze, a drobni sprzedawcy do swych kramików. Zaczepiają nachalni żebracy w różnym wieku, uważać trzeba na złodziei i różnych kombinatorów. Przybysz z Europy odnosi wrażenie, że dla Hindusa oszukanie białego jest cnotą! Kupujesz owoce, nie otrzymasz reszty, wymieniasz dolary w kantorze policzą ci inny kurs niż na tablicy, ryksiarz za usługę żąda więcej pieniędzy niż wcześniej ustalono, kasjer sprzeda Ci lepszy bilet gdy dasz mu do zrozumienia, że masz gest…

Transport: Podstawowym środkiem transportu dla przybysza z Europy jest pociąg- wygodne, obszerne i dość czyste ekspresy. W przedziale jest 8 miejsc leżących. Jest jeden problem; zdobyć większą ilość na niezbyt odległy termin nie jest łatwo. Chyba, że poza aplikacją ( nr i nazwa pociągu, data i godzinę odjazdu, stacja początkowa i końcowa, imię, nazwisko, adres, nr paszportu ) będzie odpowiedni załącznik!

Pospolite są też niedrogie i dość wygodne autobusy, jeżdżą dość często i łatwo nabyć bilety! Niestety Indie są ogromnym krajem i nie wszędzie można nimi się dostać!

W większości dużych miast indyjskich jest komunikacja autobusowa, rzadziej tramwajowa, jeszcze rzadziej metro. Wszędzie najłatwiej o ryksze, kulisów, rowero-ryksze i motororyksze!

Indie szokują

- bo jest dużo ludzi, małp i świętych krów!

- bo nikt tu się nie spieszy, czas płynie jakby wolniej!

- bo zachodzące tu zmiany w różnych dziedzinach są tak szybkie, że uzasadniają opinie futurologów: „XXI wiek to wiek Azji, Chin i Indii”!

- czy jest b. brudno? Może warto zobaczyć niektóre dzielnice, Berlina, Rzymu, Paryża, Nowego Jorku!

Dla turysty z Zachodu zupełnie niezrozumiała jest ogromna różnica cen do muzeów dla Hindusów i cudzoziemców, dość pospolita postawa recepcjonistów w hotelach: wolą by były puste niż choćby symbolicznie obniżyć cenę. Do odwiedzania Indii zniechęcają też tłumy przechodniów i spacerujące po ulicach święte krowy utrudniające ruch po kiepskich drogach!

I na koniec problem: Indie, a Polska?

Legenda głosi, że nawracając pogan zawędrował aż do Indii św. Jacek Dominikanin. Szlaki dla polskich misjonarzy przecierali św. Tomasz Apostoł, który został zamordowany w 68 r. w Mylapore i św. Franciszek Ksawery! W XVI i XVII w pracowali w Indiach jezuici Gabriel Łętowski, i Andrzej Męciński. Później Michał Boym i karmelici Mikołaj Kazimierski, Władysław Miliński, Jan Ciołek, Michał Wieczorkowski, Władysław Doroszewicz, a w XX w. Ks. Adam Wiśniewski w Jeevodaya k. Raipuru, Marian Żelazek w Puri, Barbara Birczyńska i Helena Pyz- założyciele leprozorium, siostra Walentyna w Lonawli- założycielka szkoły salezjańskiej, inż. Maurycy Friedman- doradca Mahatmy Gandhiego, Wanda Dynowska prowadząca polską bibliotekę w Madrasie. Najwięcej Polaków przybyło do Indii w okresie II wojny światowej. Na cmentarzu wojennym w Delhi jest nawet jeden grób polskiego żołnierza! Gdy władze USA i Wlk. Brytanii odmówiły przyjęcia polskich sierot, uchodźców z „nieludzkiej ziemi” z pomocą pospieszyły Indie! W obozie pod Kalkutą w miejscowości Bandra dziećmi opiekowała się Hanka Ordonówna, a w największym obozie w Kolhapurze- Valiwade znalazło czasowe schronienie ok. 5 tys. osób. 2 marca 1948r nastąpiło rozwiązanie tego obozu, 50 lat później uczestniczyłem w odsłonięciu pomnika, a dwa lata temu zmarła w Hayderabadzie w wieku 103 lat Kira Banasińska, która przyczyniła się do sprowadzenia nad Ganges Polskich sierot!

Władysław Grodecki

--KrisS. (www.kamil.info)